Dalej bądź kurą domową i narzekaj, jak jest Ci źle. O frustracji i studenckim gender

Na co dzień kieruję swoje wpisy do aktywnych kobiet, które chcą się rozwijać zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i w każdej innej dziedzinie życia. Niezwykle cenię sobie takie ambitne podejście i osoby, które pragną czegoś więcej. I walczą o to. Dzisiaj swój artykuł kieruję jednak do kobiet, które w swym życiu postanowiły przyjąć rolę kury domowej. I którym jest z tym naprawdę źle. Co prawda nie lubię określenia „kura domowa”, jednak żadne inne tak dobrze nie oddaje tego, o czym przeczytacie w dalszej części.

Niedawno pisałam o naszym polskim podejściu do luksusu i ludzi bogatych. Stwierdziłam wtedy, że przytoczone w tym artykule zachowanie jest niezwykle charakterystyczne dla naszego narodu. Doszłam jednak do wniosku, że my kobiety-polki mamy jeszcze jedną ciekawą i naprawdę powszechną cechę. Nazwałabym to syndromem kury domowej. Takiej, która nienawidzi przygotowywania obiadu punktualnie na 15:00, całodziennego sprzątania i permanentnego dbania o męża i dzieci, ale robi to. Bo musi. Zapewne wiecie, o czym mówię. Tak już się utarło, że kobieta powinna być idealną gospodynią, bo jak nie, to pewnego dnia do jej drzwi zapuka Perfekcyjna Pani Domu i przechadzając się po mieszkaniu z białą rękawiczką na dłoni znajdzie kurz za telewizorem lub na żyrandolu i z pogardą pokaże go do kamery. Wtedy tłumy widzów z obrzydzeniem spojrzą na ekran nie mogąc uwierzyć, jak kobieta może być takim brudasem. No tak, przecież cała reszta społeczeństwa odkurza te miejsca codziennie.

Powiem szczerze, trochę mnie to bawi. Skąd w XXI wieku takie silne przekonanie, że kobieta musi po całych dniach biegać po mieszkaniu z mopem, bo taka jest jej rola? Kto wbił tym gospodyniom do głowy, że jeśli nie poświęcasz się całym sercem dla domu, to znaczy, że nie kochasz swojego męża i nie dbasz o dzieci? Skąd ten głupi stereotyp, że jeśli Twoja rodzina od poniedziałku do niedzieli nie będzie mieć podstawionego pod nos obiadu złożonego z dwóch dań to znaczy, że jesteś wyrodną matką?

Mam wrażenie, że część kobiet składając przysięgę małżeńską podpisuje niewidzialną umowę oferującą dożywotnie sprzątanie na błysk oraz prasowanie koszul męża, któremu wraz ze zmianą statusu związku kończy się przydział na zdrowe kończyny i sam nie potrafi absolutnie nic zrobić. Oczywiście w pakiecie dochodzi również jadłospis na najbliższe 50 lat, dopasowany do gustów każdego z domowników. W rezultacie, każdy dzień tego upragnionego małżeństwa staje się powodem rosnącej frustracji i goryczy, która rozlewa się wokoło przy każdej nadarzającej się okazji. Wtedy właśnie u przeciętnej kobiety-polki załącza się wspomniany syndrom kury domowej, która ma ogromną ochotę porzucić wszystkie swoje angażujące obowiązki, bo raz – nikt jej nie pomaga, a dwa – nie czuje się doceniona. A przecież musi to robić! Tylko, kto ją o to prosi? Dlaczego wymaga całowania po rękach za robienie rzeczy, których nikt od niej nie oczekuje?

Myślę, że do wpędzenia się w syndrom kury domowej prowokują dwie rzeczy. Po pierwsze jest to praktyka wyniesiona z domu, gdzie matka robiła co mogła, by jej rodzina czuła się zadowolona i nieprzeciążona obowiązkami. W efekcie brała wszystko na swoje barki, bo przecież taka jej strudzona rola. Drugi powód? W początkowym okresie małżeństwa część z nas tak bardzo próbuje utwierdzić swojego wybranka w tym, że podjął słuszną decyzję, że jesteśmy gotowe robić wszystko, co w naszej mocy. A potem jakoś tak głupio się z tego wycofać, bo co mąż pomyśli? Znasz to? W takim razie warto sobie uświadomić jedną rzecz. Żaden facet nie prosi Cię o rękę, dla obiadów, codziennie sprzątanego domu i prania jego skarpet, A jeśli tak robi to jest idiotą i nie warto za niego wychodzić. Jeśli sama się nie docenisz, to on prawdopodobnie nigdy tego nie zrobi.

Zastanawia mnie, w jakim celu chcecie zagłaskiwać swojego męża i dzieci? Czy to ma być dowód Waszej miłości? Czy odwrotnie, właśnie za to tych uczuć oczekujecie? Możecie być pewne, nikt nie pokocha Was bardziej za to, że na siłę zabiegacie o jego zadowolenie. Jeśli same wpędzacie się w jakąś rolę, to znaczy, że jest Wam z nią dobrze. Skoro w ten sposób zajmujecie się domem i jego mieszkańcami przez kilka, kilkanaście lat, to jest to przyjęte za normę. Tak samo jak praca męża, czy odrabianie lekcji. Czy Twój syn zasługuje na większą miłość, bo zrobił zadanie z matematyki?

Przypomniały mi się moje czasy studenckie i jedne z zajęć, które miałam na ostatnim roku. Ich tematyka nawiązywała do bardzo popularniej niedawno ideologii gender (wiem, nie powinnam nazywać tego ideologią, pewnie teraz moja pani doktor zaniżyłaby mi ocenę). Wspomniana wykładowczyni była tak mocno wkręcona w to zagadnienie, że nie istniała żadna szansa na wymianę argumentów. Twierdziła, że my kobiety jesteśmy biedne, uciemiężone i zmuszane do czynności, których mężczyźni robić nie chcą. Za każdym razem, kiedy jej słuchałam robiło mi się smutno, bo chyba miała naprawdę ciężkie życie. Szczerze, nie mogłam tego pojąć, bo ja za nic w świecie nie czuję się uciemiężona i gorsza od facetów.

Jeśli jednak chociaż jedna moja czytelniczka właśnie tak się czuje to wysyłam do niej osobisty apel: Proszę, zmień swoje życie i nie traktuj tak samej siebie, bo nikt Cię do tego nie zmusza. Jesteś kurą domową otoczoną stertą prania na własne życzenie. Sama jesteś sobie winna, że Twoje życie wygląda jak wygląda. Nie musisz tego robić. Możesz się realizować, podjąć pracę, podróżować. Dbaj o swoją rodzinę, ale nie czyń z tej dbałości niepodważalnego życiowego priorytetu. Zrozum, domownicy naprawdę potrafią zatroszczyć się o siebie. Nie musisz spędzać całego dnia w kuchni i biegać po domu ze ściereczką, czekając aż pojawi się kurz. Nie musisz być perfekcyjną panią domu, która nie ma swojego życia, potrzeb i pasji. Jeśli rola pełnoetatowej gospodyni jest dla Ciebie stworzona to w porządku. Nie zapominaj jednak o sobie. I uwierz, świat Twojej rodziny bez tego naprawdę się nie zawali.

A jakie jest Wasze zdanie?