O szczęściu, które jest gwoździem do trumny

jak odnaleźć szczęście

Zawsze dziwiło mnie to, że w dzisiejszym świecie jest ogromna potrzeba definiowania różnych rzeczy. Ludzie ciągle pytają czym jest sukces, bogactwo, poczucie własnej wartości, czy szczęście. Nie rozumiem tego kompletnie i nie wiem, co jakakolwiek regułka jest w stanie zmienić w ich życiu. Szczerze mówiąc ja nie mam pojęcia czym jest szczęście. Nie umiem tego wyjaśnić. Wiem natomiast, co mi to szczęście daje: praca, którą lubię, własny rozwój, podróże, spokój, ludzie na których mi zależy. Może Was to zdziwi, ale wcale nie uważam, żeby to upragnione przez wszystkich szczęście było do końca pozytywne. Kiedyś o mało nie stało się moim gwoździem do trumny…

To zabawne, że ludzie ciągle szukają tego, co w pełni ich uszczęśliwi. Wydaje im się, że każdego dnia są o krok od zdobycia czegoś, co całkowicie odmieni ich życie. Bez tego nie potrafią w pełni cieszyć się tym co mają. I paradoksalnie najgorzej nie jest wtedy, gdy ten dzień nigdy nie nadchodzi. Dużo większy dramat przeżywają Ci, którzy tego wymarzonego szczęścia doświadczą. Wiecie, przychodzi taki dzień, kiedy w końcu dostają upragnioną pracę lub znajdują nową miłość i zakochują się bez reszty. Są radośni, roześmiani, pełni entuzjazmu, jeszcze trochę i mogli by tą tęczą… no wiecie.  Przy okazji zapominają o całej reszcie i skupiają się wyłącznie na tym, czego tak mocno przez lata pragnęli. Myślą, że w życiu nic lepszego nie może ich już spotkać, a tymczasem nieświadomie, zupełnie tak jak ja kiedyś, wbijają sobie gwóźdź do trumny.

Gdy miałam siedemnaście, czy osiemnaście lat i poznawałam chłopaka, który okazywał się „tym jedynym” to niemal natychmiastowo umieszczałam go na piedestale i stawał się dla mnie centrum całego świata. Marzyłam wtedy tylko o tym, by spędzać z nim czas. Mnóstwo czasu. Ewentualnie pod uwagę brałam jeszcze rozmyślanie o nim i o naszej „miłości” 😉 Wyobraźcie sobie, jakie to było wspaniałe uczucie! Niestety jak się szybko okazywało, nic nie trwa wiecznie. Gdy związek się kończył czułam jakby ktoś po prostu wyszarpywał mi serce i pozbawiał przy tym całego sensu życia. Nie interesowało mnie to, że mam znajomych, rodzinę i ogólnie wiedzie mi się całkiem dobrze. Liczył się tylko chłopak, a właściwie ten utracony związek, który sprawiał, że miałam poczucie ogromnej tragedii. Miałam wtedy kilkanaście lat, ale wiem, że są ludzie, którzy funkcjonują tak przez całe życie.

Niestety dopiero po długich latach zdałam sobie sprawę, że czerpanie radości wyłącznie z jednego aspektu życia jest cholernie niezdrowe. Jeśli całym naszym szczęściem są dzieci, mąż, czy praca, to wcale nie jest to powód do dumy. Pewnie niektóre z Was poczują się teraz urażone. Z góry przepraszam, ale nie czuję potrzeby mydlenia Wam oczu i mówienia jakie to piękne. Prawda jest taka, że ludzie za bardzo skupiają się na czymś, co pozornie daje im poczucie stabilizacji i spełnienia. Są gotowi oddać wszystko za jedną rzecz, jednego człowieka. Żyją w nadmuchanej bańce i wydaje im się, że tak już będzie zawsze. Problem zaczyna się wtedy gdy bańka pęka, wyśniony partner odchodzi, wymarzona posada staje się przeszłością, a tragiczny wypadek odbiera im szansę na robienie czegoś, co kochają. Dla wielu to powód żeby umierać. Pytam, w imię czego?

Jeśli macie świetny związek bardzo Wam gratuluję, pamiętajcie jednak, że na nim świat się nie kończy. Jeśli macie prace, która jest spełnieniem marzeń wiedzcie, że to jedynie dodatek do życia. Cieszcie się wszystkim co macie i miejcie świadomość, że jutro może już tego nie być. Nigdy nie uzależniajcie poczucia własnej wartości od drugiej osoby. Ludzie mają to do siebie, że często odchodzą. Nawet niezamierzenie. Po prostu umierają. Taka kolej rzeczy i nikt z nas z tym nie wygra. Jeśli całym sensem życia będzie dla Was drugi człowiek, to cała Wasza radość i szczęście odejdą razem z nim. A to najgorsze, co możecie sobie zrobić. W dodatku na własne życzenie.

 

Chciałabym poznać Wasze zdanie na ten temat. Wszelkie dyskusje mile widziane. Wiem, że poruszyłam tu dość drażliwą kwestię, która może wywołać burze, ale mimo wszystko liczę na to, że nikt nikomu nie wydrapie oczu 😀